Cień tańczył na
ścianie. Taniec gonił mnie, chciał bym razem z nim przytuliła zimny mur. Mur,
który się nie ogrzeje, bo ciało do niego przylegające nigdy nie będzie znów
ciepłe.
Zawiał lodowaty wiatr
i wpędził moje włosy w oszalały ruch. Kosmyki zadrgały niczym szarpane struny.
Zagrały niemą muzykę przeznaczoną specjalnie dla tego spektaklu.
Cienie drzew drapały
moją nagą skórę. Zostawiały piętna na duszy pozostawiając ciało pozornie
nietknięte. Niczyj krzyk nie rozdarł ciszy. To cisza rozdarła krzyk.
Ile można uciekać,
tupiąc stopami o coraz to nowe posadzki? O trawę, o beton, o marmur, o żwir?
Tonąć w niezmierzonych głębiach, usychać na bezkresnych pustkowiach? Ginąć w
lasach budowli? Ile można uciekać przed cieniem, przed tańcem, przed prawdą?
Kiedy w końcu dobędę oręż i wbiję go w siebie, łudząc się, że cień przecież
wcale nie jest mną...A tak naprawdę jest mną bardziej niż ktokolwiek inny.
Niech herbata będzie z Wami.